niedziela, 12 lutego 2012

sobota

Opowiem Wam historię pewnej dziewczyny, którą dziś spotkałam.
Bardzo rzadko się widujemy, a ona sama nie wyróżnia się niczym szczególnym, więc łatwo jest minąć ją na ulicy w pogoni za własnym szczęściem. Ja wpadłam na nią w godzinach południowych. Szła chodnikiem, zamyślona, pociągając nosem, z zaróżowionymi policzkami po udeptanym, brudnym i skrzypiącym pod butami śniegu. Miałam wrażenie, że płakała. Kiedy zapytałam, co się stało spojrzała na mnie swoimi zaczerwionymi oczami, ale zamiast odpowiedzi usłyszałam ciszę. Ciszę, w której panował pewnego rodzaju mętlik, pomieszany z radością, która jeszcze do niej nie docierała, bo wszystkie te uczucia zagłuszane były przez otaczające ją ze wszystkich stron napięcie oraz stres. Krępowały ją i dusiły.
             To były jej myśli.
            Powoli, powolutku, zostawiając po sobie chęć wybuchnięcia płaczem, roztrzęsiony głos i drżące dłonie, stres zaczął odchodzić.  Najdziwniejszy był w tym wszystkim jej urywany śmiech. To chyba on najbardziej dziwił przechodniów, kiedy widzieli jej twarz. Oczy, usta, oczy usta. Usta, oczy. Jedno nie pasowało do drugiego.
Nie potrafię opisać dokładnie tego uczucia, ale kojarzy mi się z tymi chwilami, kiedy to wracamy do domu z długiego pobytu na dworze w mroźny dzień. Po wypiciu kubka kakao zimno powoli ustępuje, zaczynając od brzucha, a kończąc na palcach u stóp. Najgorsze są dłonie, palce szczypią i pulsują, a towarzyszący temu ból nie należy do przyjemnych.
Tak właśnie się czuła. Stres opuszczał jej ciało i umysł, uciekał koniuszkami palców zostawiając po sobie głuchą pustkę, która nie była jeszcze gotowa na przyjęcie jakiegokolwiek nowego uczucia.
            Doszedłszy na przystanek stała powstrzymując łzy i nie mogąc uwierzyć w bieg dzisiejszych wydarzeń zaczęła chodzić nerwowo w tę i z powrotem nie mogąc zapanować nad własnymi emocjami.
            Po dłuższej chwili zaczęły docierać do niej inne uczucia. Pomyślała, że powinna do kogoś zadzwonić, wyrzucić z siebie swoje myśli. Z jednej strony chciała opowiedzieć komuś o tym wszystkim, z drugiej nie. Nie wiem dlaczego, nie potrafiła tego wyjaśnić. Dodatkowo czuła się przerażająco samotna. Bez przerwy  otaczana ludźmi, a taka samotna. Zagubiona w tym wszystkim. Niszczona przez samą siebie i jej gruby mur, który sprawia, że tak często dusi wszystko w sobie.
            Dopiero po niespełna godzinie, gdy szła do domu i nikogo nie było w pobliżu pozwoliła sobie na wybuch tłumionych w sobie emocji. Policzki szczypały ją od mroźnego powietrza, czuła każdą spływającą po nich łzę, która zostawiała za sobą ciepły ślad. Zanosiła się szlochem. Włosy rozwiane przez wiatr, posklejane rzęsy. Musiała wyglądać okropnie żałośnie.  Pewnie dlatego, kiedy weszła do domu wszyscy zamilkli na jej widok i czekali na relację. Nie powiedziała nic. Rozebrała się w ciszy i poszła do swojego pokoju. Nie musiała długo czekać na pukanie do drzwi i pytanie „i co?”. W ich głosie słychać było przejęcie. „Zdałam” odpowiedziała i dalej zaniosła się płaczem.

             Co ja piszę, przecież nikogo dziś nie spotkałam, wracałam sama.





Tak, wierzę w magię.

1 komentarz:

  1. gratulacje. a napiszesz coś o tym jak to jest, kiedy nie wiesz co począć ze swym życiem?

    OdpowiedzUsuń